Ona jest wlasciwie bezdomna, a ja jestem w sumie juz takim lumpem. Tkwimy w czasach zupelnie innych, choc tez naszych
zgubily sie nam kariery , zabraklo nas na planach ostatnich komedii romantycznych i seriali taniejvideoprodukcji.
Kiedy moje chore dziecko jest na zjeciach wyplywamy w miasto, jak lodki w rynsztoku, w zupelnie nieprzewidzianych kierunkach, zdarza sie,ze szalejmy- np. ja kupilam sobie peirwsza od miesiecy "nowa" rzecz: dzinsy w lumpeksie za 3 zlote , alebo sweter za 5.
gdy pada siedzimy w ateler i zdarza sie,ze czytam jej na glos.
bywa tez,ze ja pracuje ale pytam sie jej co sadzi o tym czy o tamtym ("nie za bardzo ją odmłodziłam?" i inne dylematy z fotoszopki).
ona przez kilka miesiecy w roku woli byc bezdomna w amsterdamie, gdzie jak twierdzi zawsze latwiej byc zaproszonym do szyjegos domu, przygarnac sie w zamian za malowanie scian czy wesolą kompanię.
ja wtedy strasznie się martwię, czy wroci na kolejną zimę, z każdym rokiem bardziej.
jestesmy obie jak kloszardki i ludzie czesto patrza z niesmakiem gdy sie smiejemy jak glupki bo wlasnie wymyslamy hasla reklamujace jakies drinki (bo ja jednak czasem jakies "fuchy" lapie, na dziecko i oplaty czasem nawet starczy). Moge powiedziec,ze to jedna z prawdziwszch moich orzyjazni, choc czasem czuje sie jak w tych ksiazkach cortazara czytywanych w liceum.
ale to nie jest wcale zle. nie az tak